Demokratyczna Unia Kobiet - Gdańsk

Wywiad z Martą Habior

11.06.2016
 

Wywiad z Martą Habior, współorganizatorką Marszu Godności - Protestu Kobiet

Źródło: Wysokie Obcasy

 

MARSZ GODNOŚCI na Facebook + Wydarzenie w sobotę 18 czerwca w Warszawie 

 

 

Jesteśmy grupą zwykłych kobiet, które uznały, że muszą wreszcie coś zrobić. Nie chcemy dłużej siedzieć cicho. Czuję w tej irytacji ogromny potencjał. - rozmowa z Martą Habior.

Wkurzyłyście się.

Kobiety w Polsce się wkurzyły. Nasze prawa są ciągle łamane, ale projekt o całkowitym zakazie przerywania ciąży, projekt, który zagraża zdrowiu i życiu kobiet, skazujący je na cierpienia, przeważył szalę gniewu.

Kobiety, które nigdy wcześniej nie protestowały, postanowiły wyjść na ulicę. Co się zmieniło?

To jak z syndromem podgrzewanej żaby: jeśli włożysz ją do zimnej wody i będziesz delikatnie podgrzewać, nawet nie zauważy, kiedy się ugotuje. Projekt zaostrzający ustawę aborcyjną był wrzuceniem żaby do wrzątku. To nawet dobrze. Żaba od razu wyskoczyła. Kobiety, które od lat wkurzały się po cichu w domach, postanowiły wreszcie zaprotestować. Od lat akceptujemy pełzającą próbę ograniczania nam praw. Już dosyć. Ten projekt jest po prostu niehumanitarny i barbarzyński.

Facebookowa grupa Dziewuchy Dziewuchom w kwietniu w samej Warszawie zmobilizowała 7 tys. osób, które przyszły pod Sejm.

Niektóre kobiety po raz pierwszy uczestniczyły w jakichkolwiek protestach. Być może narzekały na to wszystko wcześniej tak jak ja - podczas spotkań ze znajomymi - ale nie bardzo wiedziały, co dalej z tą wściekłością zrobić. Czuję w tej irytacji ogromny potencjał, który możemy wspólnie wykorzystać. Chciałabym, żeby kobiety poczuły, że mamy w sobie oparcie i jeśli będziemy działać razem, możemy wiele.

To kiedy?

18 czerwca. Pod patronatem Dziewuch organizujemy Marsz Godności. Maszerujemy w obronie praw kobiet, prawa do samostanowienia, prawa do wolności, do opieki zdrowotnej, do sprawiedliwego sądu - tak naprawdę wszystkich praw, które gwarantuje nam konstytucja. Pójdziemy pod hasłem: "Prawa człowieka prawami kobiet". Ruszymy z warszawskiego placu Zbawiciela, skończymy na placu Piłsudskiego.

Ile kobiet chcecie wyprowadzić na ulicę?

Jak najwięcej. Ale nie tylko kobiet - także mężczyzn, wszystkich, którzy identyfikują się z przekazem marszu.

Idziecie pod patronatem Dziewuch. Kim jesteście?

Grupą zupełnie zwykłych kobiet, które uznały, że muszą wreszcie coś zrobić. Nie stoją za nami żadni politycy. Do tej pory nie organizowałyśmy takich akcji, ale uznałyśmy, że możemy wykorzystać naszą energię i pokusić się o organizację marszu. Jesteśmy spontanicznie sformowanym sztabem dziewczyn, które postanowiły zrobić coś dla ważnej sprawy i dla tych kobiet, które nie mają szansy mówić głośno, że chciałyby protestować, np. ofiary przemocy domowej. Kobiety nie mogą czuć, że są same. Chcemy zwrócić uwagę na cały szereg spraw.

Jakich?

Na dyskryminację kobiet w niemal wszystkich aspektach życia społecznego. To m.in. skala przemocy wobec kobiet w Polsce, ograniczanie dostępu do najnowszych zdobyczy medycyny, do badań prenatalnych, in vitro, antykoncepcji awaryjnej, czasem nawet do opieki ginekologicznej, to także nierówność płac, i to, że kobiety w Polsce cały czas zarabiają mniej niż mężczyźni.

Chcemy także zwrócić uwagę na skandaliczne orzecznictwo w Polsce w sprawach o gwałty. Sprawach, które dotyczą najbardziej brutalnego i ohydnego aktu przemocy wobec kobiet. Jak wyglądają obecnie statystyki? 90 proc. gwałtów nie jest w ogóle zgłaszanych, 70 proc. pozwów kończy się umorzeniami, większość wyroków zapada w zawieszeniu, a jeszcze słyszymy o tak oburzających przebiegach procesów jak ten w Elblągu.

 

Miałaś wcześniej doświadczenia w organizacjach kobiecych? Działałaś gdzieś?

Nigdy. Pomysł marszu powstał dzięki energii kobiet, które dyskutowały w grupie Dziewuchy Dziewuchom. Myślę, że jest wiele osób, które nigdy nie protestowały, a które nie chcą już dłużej siedzieć cicho.

Jak dowiedziałaś się o Dziewuchach?

Tego dnia, kiedy wypłynął pomysł zaostrzenia ustawy aborcyjnej, wrzuciłam na swoją ścianę na FB post: "Kiedy marsz wkur kobiet? Chcę się zaangażować". Zalały mnie komentarze dziewczyn, które pisały, że mają takie same odczucia, że musimy coś zrobić. Wieczorem znalazłam grupę Dziewuchy Dziewuchom, która rosła w niebywałym tempie.

Teraz jest tam 106 tys. członkiń. To absolutnie spontaniczny ruch - tworzy struktury lokalne, rozrasta się w terenie. Razem ze znajomymi utworzyłyśmy Sztab Organizacyjny Marszu Kobiet. Dziewuchy się z nami skontaktowały. Po dwóch dniach zorganizowałyśmy spotkanie - miało być nas pięć-siedem osób, a przyszło blisko sto. To, co tam dominowało, to bunt i złość, że ktoś tak dalece chce ograniczyć nasze prawa. Na spotkaniu był cały przekrój wiekowy i społeczny kobiet: emerytki ze swoimi córkami, wnuczkami, kobiety, które boją się o swoje dzieci, o ich przyszłość w Polsce.

Co mówiły?

Że nie wyobrażają sobie życia w takim kraju. To była wściekłość i lęk, w jakiej rzeczywistości możemy się znaleźć za chwilę. Na spotkanie przyszedł jeden mężczyzna, ale będzie ich więcej. Każdy z nich ma przecież jakąś przyjaciółkę, żonę, córkę, matkę, nie wyobrażam sobie, by nie wzięli w tym udziału. Zobaczyłyśmy też, czego ta spontanicznie wytworzona wspólnota oczekuje od takiego protestu.

I czego oczekuje?

Są bardzo różne głosy: jedni uważają, że trzeba jak najszybciej zliberalizować ustawę aborcyjną, inni - że stanąć w obronie tego, co mamy, czyli tak zwanego kompromisu. Trudno to będzie pogodzić, ale wierzę, że jest w Polsce płaszczyzna do rozmów między kobietami. Do rozmów - podkreślam - bo nie nazwałabym tego konfliktami. Wiem, że to, co dzieje się w grupie Dziewuchy Dziewuchom, niektórzy odbierają jako spory. Dla mnie to różnorodność zdań.

Nie chcę wypowiadać się w imieniu całej grupy Dziewuchy Dziewuchom, nie jestem jej adminką ani założycielką. Żyjemy w blisko 40-milionowym kraju i trudno oczekiwać, że wszyscy będziemy mieć podobny światopogląd. Tylko szanujmy swoje odmienne zdania i znajdźmy jakąś płaszczyznę do dialogu i do rozwiązywania realnych problemów kobiet w Polsce. Musimy się otwierać, rozmawiać, słuchać. Jestem przekonana, że żadna z nas nie chce ludzkich dramatów. Wierzę, że możemy się porozumieć ponad podziałami.

Nawet z tymi, które szły 15 maja w Marszu dla Rodziny?

Słuchałam wypowiedzi osób, które brały udział w tym marszu. Podkreślały, że szły w obronie rodziny. Usłyszały hasło "Rodzina jest najważniejsza" i postanowiły się przyłączyć. A pod takim hasłem możemy podpisać się wszyscy! Ja też jestem za rodziną. Ale ten projekt jest przeciwko rodzinie i przeciwko kobietom. Jestem pewna, że wiele konserwatystek, wiele katoliczek nie chce skutków tej ustawy. Chciałabym, by poszły z nami w Marszu Godności. Bo to jest czas właśnie na to, by się konsolidować.

Szanuję prawo maszerujących dla rodziny oraz to, że mają inny pogląd niż mój. Z pewnością maszerowali wczoraj w zgodzie ze swoimi przekonaniami, ale możemy albo zaklinać rzeczywistość i udawać, że zlikwidujemy aborcję, wprowadzając jej zakaz i wsadzając kobiety do więzienia, albo pochylić się nad rzetelnymi analizami problemu i zrozumieć, że kobieta, która nie chce urodzić, nie urodzi, że podziemie aborcyjne w Polsce istnieje i ma się dobrze, że w praktyce całkowity zakaz aborcji oznacza więcej ludzkich tragedii.

Inwestujmy w edukację seksualną, zapobiegajmy przemocy domowej, dajmy kobietom dostęp do powszechnej antykoncepcji. Zawalczmy o to i nie poddawajmy się łatwo. Z powodu zakazu aborcji nie rodzi się więcej dzieci, tylko umiera więcej kobiet.

Nie zniechęca cię to, że środowiska anti-choice - bo tak je trzeba nazywać - w niecały miesiąc potrafią zebrać 100 tys. podpisów pod projektem zakazującym aborcji?

Nie robi to na mnie wrażenia. To nie jest głos całego społeczeństwa. Z sondaży wynika, że 80 proc. Polaków nie chce zmian w prawie. Poza tym okazało się, że my też mamy ogromny potencjał - w ciągu kilku dni na profilu Dziewuch pojawiło się przecież ponad 100 tys. osób. Coś ruszyło.

Co będzie, jeśli politycy spróbują przepchnąć tylko jeden punkt, czyli zakażą przerywania ciąży ze względu na wady płodu?

Będziemy protestować do skutku. Nie można nikogo ustawowo ani groźbą więzienia zmuszać do heroizmu. To przeciwskuteczne, to maltretowanie psychiczne i fizyczne. Marsz Godności jest tylko początkiem działania. Wierzę, że zrobimy coś więcej. Że kobiety stać na ogólnopolski protest. A nawet paraliż kraju.

Podobny do islandzkiego?

Stanowimy 52 proc. społeczeństwa. Gdyby każda kobieta wczytała się w projekt ustawy zakazujący aborcji i wyobraziła sobie, co będzie oznaczać, to kto wie, może udałoby się przeprowadzić w Polsce protest podobny do islandzkiego.

40 lat temu na ulice Islandii wyszło aż 90 proc. kobiet. Rzuciły obowiązki i zorganizowały wielki strajk - wszystko po to, by mężczyźni zaczęli doceniać ich pracę. "Długi piątek", bo tak nazwano tamten dzień, sparaliżował cały kraj. Widzisz taki paraliż w Polsce?

Kobiety w Polsce są silne, dumne, chcemy zachęcić je do działania. Możemy sporo zrobić, jeśli będziemy to robić wspólnie. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że Islandia to mały kraj, a w 1975 roku świat był zupełnie inny niż obecnie. W tej chwili koncentrujemy się na Marszu Godności, który będzie początkiem naszych działań.

Co się w Polsce musi zmienić, byśmy otwarcie, bez wstydu, zaczęły mówić o aborcji?

Żeby mówić bez wstydu o aborcji, najpierw musielibyśmy bez wstydu mówić o seksie. A tego jeszcze nie potrafimy. Kiedy przez Europę przechodziła rewolucja seksualna, byliśmy za żelazną kurtyną i Polki tej rewolucji nie przeszły. Może w tym tkwi problem?

W 1971 roku 343 Francuzki, a wśród nich Catherine Deneuve, ogłosiły publicznie, że przerwały ciążę. Rozpoczęły dużą dyskusję na ten temat. Podobna akcja w Polsce jest w ogóle możliwa?

Widzę, że mnóstwo znanych kobiet poparło Dziewuchy, ale od osób publicznych takie wyznania wymagałyby heroicznej odwagi. Nie spodziewam się i nie oczekuję tego.

Rebecca Gomperts z Women on Waves powiedziała kiedyś, że gdyby kobiety szły do więzienia, społeczeństwo natychmiast dążyłoby do legalizacji aborcji. Gdyby nasze matki, siostry zasiadały na ławach oskarżonych, natychmiast ruszylibyśmy do działania.

Dlatego uważam, że musimy protestować już teraz. Lepiej temu zapobiec. Wolność i życie każdej kobiety ma znaczenie. Nie warto składać nikogo w ofierze.

Jak mógłby wyglądać wielki, ogólnopolski protest w obronie praw kobiet?

Wystarczyłaby godzina strajku wszystkich kobiet w tym kraju i to już byłby paraliż. Wystraczyłoby, gdybyśmy wyszły z pracy tak jak kobiety w Islandii i zgromadziły się na ulicach.

Wierzysz, że da się to w Polsce przeprowadzić?

Tak, ale potrzebujemy do tego struktur lokalnych, pomocy innych organizacji, które mogłyby zachęcić kobiety, by zaprotestowały w taki czy inny sposób. Mam jednak nadzieję, że osoby, których prawa są nagminnie łamane, pójdą z nami.

Część kobiet, która ma prawo do legalnej aborcji, już teraz wybiera wyjazd za granicę. Boją się, że w Polsce lekarze im odmówią.

Bo im się odmawia. Dostęp do legalnych procedur jest utrudniony. Kobiety nie spotykają się z szacunkiem, dyskrecją, opieką, jaką powinny być otoczone. Nic dziwnego, że wybierają Niemcy, Słowację.

Jak powinien wyglądać legalny zabieg przerwania ciąży?

Powinien być dostępny dla każdej potrzebującej kobiety. Pacjentka powinna być otoczona profesjonalną opieką zdrowotną, psychologiczną, mieć zapewnioną prywatność. Kobiety nie mogą leżeć po zabiegach na salach poporodowych z matkami, które urodziły. Tego wszystkiego w Polsce brakuje.

Prawa kobiet w Polsce coraz bardziej się ogranicza. Na Podkarpaciu kobiety nie mogą legalnie przerwać ciąży w państwowych szpitalach. Wszyscy lekarze podpisali tam klauzulę sumienia.

Uważam, że lekarz ma obowiązek otoczyć pacjenta opieką w ramach najnowszych zdobyczy medycyny i wykonywać wszystkie legalne badania, zabiegi i operacje oraz stosować się do etyki lekarskiej i przysięgi Hipokratesa. Jeśli sumienie mu w tym przeszkadza, niech zmieni zawód.

Czym zajmujesz się prywatnie?

Mam firmę producencką, odpowiadamy za produkcję filmową i wykonawczą. To praca 16 godzin na dobę.

Godzisz ją z tym, co robisz teraz?

Obecnie nie godzę. Ale jak sobie skonfrontuję wszystkie swoje działania zawodowe i działania na rzecz obrony praw kobiet w Polsce, to nie mam wątpliwości: wiem, że to na działalność społeczną muszę położyć teraz większy akcent, zaangażować się w organizację marszu na sto procent. Podobnie inne organizatorki protestu - a jest nas kilkanaście.

Jak długo pracujesz w produkcji filmowej?

15 lat. Firmę założyłam w 2012 roku, wcześniej byłam freelancerką. Miałam coraz więcej klientów, więc postanowiłam pójść na swoje.

Nad czym teraz pracujecie?

Zrobiliśmy ostatnio biografię Marcina Lutra, dla Amerykanów, co było ogromna frajdą dla całej ekipy, bo w Polsce nieczęsto można zrobić film średniowieczny; premiera w 2017 roku. Pracujemy obecnie nad kilkoma projektami, kończymy koprodukcję z Meksykiem oraz Norwegią i Bośnią i Hercegowiną, rozwijamy adaptację sztuki "Grind/r" TR-u oraz adaptację Dostojewskiego, mamy też komedię romantyczną w planach. Jest tego trochę.

Ile osób zatrudniasz podczas większego projektu?

Nawet do stu osób. Na co dzień w firmie jestem ja, moja wspólniczka, jest z nami jeszcze asystentka - i to tyle.

Zatrudniasz głównie kobiety?

Tak, bo lepiej mi się z nimi współpracuje. Są bardziej decyzyjne, wywiązują się z obowiązków, czują ciężar odpowiedzialności, czerpią ogromną satysfakcję.

Na przykład z tego, że pracowały razem z tobą dla Hollywood. Jak to się zaczęło?

W 2005 roku pewien brytyjski producent szukał w Polsce koordynatora produkcji. Trafiłam na swój pierwszy duży plan - i zaczęłam się uczyć pracy w produkcji już w standardach zachodnioeuropejskich. A ponieważ te standardy dosyć różnią się od tych, w których produkuje się w Polsce, to myślę, że miałam do zaoferowania kolejnym klientom to, czego szukali.

I dzięki temu trafił na ciebie Steven Spielberg?

Rzeczywiście, całkiem niedawno pracowałyśmy przy filmie dokumentalnym "Auschwitz", którego producentem był Spielberg. Ale nawet o tym nie wiedziałam. Wszystko do końca trzymano w tajemnicy. Dopiero w napisach końcowych zobaczyłam swoje nazwisko obok Spielberga i Meryl Streep, która była narratorką filmu.

Niedawno wróciłaś z Portugalii. Sporo jeździsz po świecie, po festiwalach filmowych. Jest jakiś kraj, który ze względu na prawa kobiet odpowiadałby ci najbardziej?

Kanada. Kanada jest miejscem mojej wewnętrznej emigracji. To mój kierunek, jeśli nie byłoby już nadziei dla Polski. Ale jest. Bo polskie kobiety są mądre, dumne i myślę, że się obronią i wygrają.

Demokratyczna Unia Kobiet - Gdańsk, Wywiad z Martą Habior - http://www.www.duk.gdansk.pl/index.php?artname=stories&artmid=content&id=361